Nie uciekam przed problemami. Nie idę na łatwiznę. Nie mam ochoty na wielką kasę w krótkim czasie. Nic z tych rzeczy.
Mam dość poniżania ludzi wykształconych. Utrudniania życia młodym na każydm kroku. Słabo mi się robi, gdy widzę, jaki kredyt musiałabym wziąć, żeby mieć gdzie mieszkać i ile lat zajęłoby mi jego spłacanie. Słabo mi, gdy widzę grafik pracy, którą teoretycznie mogłabym wykonywać. Od 8.00 do 17.00 za biurkiem, przed komputerem plus ponad godzina dojazdu w jedną stronę (w obrębie jednego miasta - cóż, nie każdego stać na autko u progu "kariery" i musi się zadowolić komunikacją miejską). Tak więc codziennie pobudka o 6.00, wyjście o 7.00, powrót po 18.00... a o 22.00 do łóżeczka, aby następnego dnia być przytomną. A wszystko po to, by prawie całe uciułane pieniążki wpakować w mieszkanie, czyli miejsce, gdzie mogłabym przebywać przez te kilka godzin, gdy nie pracuję.
Do tej pory nie wyjechałam za granicę. Nie miałam takich planów. Zresztą, najpierw studia. Ale studia powoli się kończą, a ja nie widzę tu miejsca dla siebie. Wiem jednak, że mieszkanie w Polsce (choć być może komfortowe), praca w Polsce (nawet umysłowa), życie w Polsce ( blisko rodziny)... nie dadzą mi satysfakcji.
Nie mam zamiaru przez trzydzieści lat pracować jako pokojówka lub kelnerka, choć za granicą zarobki na takim "stanowisku" wystarczyłyby mi zupełnie na życie na przyzwoitym poziomie, a do tego stać by mnie było na spełnienie niejednego marzenia. Ale też nie mam zamiaru nadstawiać mojej ślicznej pupy do kolejnych kopniaków, byleby tylko zostać na łonie ojczyzny i stanowić skrawek pięcioprocentowej inteligencji krajowej (tyle jej chyba zostało po masowej emigracji w latach ostatnich). Choćbym nie wiem jak chciała i się starała - wizja szczęśliwego, godnego życia w Polsce i pracy dającej satysfakcję nie wróci do mojej głowy. Tu nikt nikomu nie ułatwia. Wręcz przeciwnie.
Źycie każdy ma jedno, a przynajmniej większość tak uważa. Nie chcę marnować go robiąc z siebie przykład pozytywistycznej siłaczki. Nie, nie jestem altruistką, jestem egoistką. Wredną, paskudną, myślącą tylko o sobie... a także o swoich dzieciach, które chciałabym mieć i być w stanie utrzymać, nie skazując ich przy tym na dwaunastogodzinne odsiadywanie w przedszkolu i chorobę sierocą.