Tomek Cymes, student I roku medycyny na Uniwersytecie Cambridge. Chciał zostać lekarzem odkąd skończył sześć lat. Realizację marzenia rozpoczął od wyboru dobrej szkoły z dwujęzycznymi oddziałami i zdania międzynarodowej matury. Jak sam przyznaje, pociągało go wyzwanie: lekarz musi być bardzo dobrze wyszkolony, żeby ratować życie; no i musi się cały czas kształcić, żeby leczyć lepiej. To połączenie nauki z pracą, która daje bardzo konkretne wyniki.
Czy coś cię zaskoczyło na studiach?
Tak. Na przykład to, że zajęcia w prosektorium, które mnie trochę przerażały, były od razu drugie. Poza tym, wykładowcy są życzliwi, sympatyczni – kiedyś jeden z nich nawet przyniósł cukierki. A na poważnie, supervisions są miłym zaskoczeniem, co tydzień przychodzi nas troje do specjalisty od np. biochemii i dyskutujemy o ostatnich wykładach. No i pod względem posługiwania się specjalistycznym językiem nie odstaję od Brytyjczyków tak bardzo, jak myślałem.
Wydaje się, że jesteś zadowolony z dokonanego wyboru?
Chyba tak. Wydaje mi się, że tutejszy sposób nauczania medycyny odpowiada mojemu stylowi uczenia się. Chociaż, na razie głównie dokładam szczegóły do tego, co wcześniej wiedziałem.
A czy nigdy nie wydawało ci się, że Cambridge jest nieosiągalne?
Pomysł studiowania za granicą zrodził się dopiero w drugiej klasie liceum. Wcześniej miałem świadomość, że dla studiów medycznych w ogóle, jak najlepszy start jest bardzo ważny. Zatem najpierw dużo nauki, przygotowań, olimpiad, żeby dostać się do warszawskiego liceum. Potem walka o wyniki na maturze. Jeśli chodzi o samo Cambridge, prawdę mówiąc, miałem wątpliwości odkąd złożyłem aplikację, aż do początku semestru. Takie oczekiwanie daje czas do refleksji, myślałem sobie – przecież tam idą najlepsi, gdzie ja się pcham? Czy uda mi się tak zdać maturę, żeby mnie przyjęli?
Czy oprócz dylematów natury intelektualnej były też inne, np. materialne? W końcu studia zagraniczne to ogromna inwestycja.
Zgadza się. Na szczęście rodzina okazała bardzo duże wsparcie. Chociaż i tak ostrożnie planowałem każdą wydaną złotówkę. Czasami zdarzało się, że odmówiono mi stypendium tylko dlatego, że dochód rodziny był za wysoki o kilka złotych. To utrudniało całą sprawę.
Mimo wszystko udało ci się dostać na wymarzoną uczelnię. Jakie wobec tego są twoje oczekiwania, plany?
Chciałbym zostać chirurgiem, ale nie wiem czy mi się to uda. Wybite na siatkówce palce nie są tak sprawne, jak powinny. Jeśli nie chirurgia, to neurologia albo kardiologia. Na razie chciałbym pracować w Wielkiej Brytanii, tam zdobyć doświadczenie. Potem może wrócę do Polski, ale to jeszcze odległa sprawa.
A jak się czujesz jako młody emigrant w nowym, nieznanym otoczeniu, a jednocześnie człowiek, który właśnie spełnia swoje marzenie?
Jako człowiek spełniający swoje marzenia – świetnie. Jako emigrant jeszcze trochę niepewnie, ale przyzwyczajam się. Zniknęła już prawie całkiem bariera językowa, więc jest łatwiej niż na początku. Jeśli to połączyć, to jestem szczęśliwy.
Rozmawiała Aleksandra Rusin